GUFF, czyli tam i z powrotem

1

Byliście kiedyś na konwencie w Australii? Nie? A wiecie, że to się da zrobić? I że spotkacie tam mnóstwo wspaniałych ludzi? Nie, nie – wcale nie trzeba w tym celu sprzedawać nerki, ani brać kredytu. Fandom znalazł na to rozwiązanie, a nazywa się ono GUFF.

Fundusze fanowskie

GUFF należy do tak zwanych Funduszy Fanowskich. Są to programy wymiany kulturowej dla fanów. Pozwalają na to, by fani z jednego miejsca pojechali w inne. Część z tych funduszy jest dość mała – ot np. NoFF (Nordic Fan Fund), w pewnym uproszczeniu, wysyła fana z jednego kraju nordyckiego do innego. GUFF należy jednak do tak zwanej „dużej trójki” – to trzy największe fundusze, których celem jest kolejno wymiana fanów pomiędzy Europą i Ameryką, Europą i Australią/Nową Zelandią, i wreszcie Ameryką i Australią/Nową Zelandią.

Akronim GUFF rozszyfrowywany jest na dwa sposoby. Kiedy fan z Europy leci na południe, to nazwa rozwija się do Going Under Fan Fund. Kiedy z kolei fan leci z Australii lub Nowej Zelandii do Europy, to GUFF oznacza Get Up-and-over Fan Fund. Ten akurat fundusz zaczął działać w 1979 roku i naprzemiennie wysyła fanów z południa na północ i w drugą stronę. Warto pamiętać, że w zależności od sytuacji finansowej, fundusz może, ale nie musi, działać co roku.

Kolacja z fanami z Wellington

Planować każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…

Po tym wstępie pozwolę sobie opowiedzieć, jak wyglądała moja wielka przygoda na południowej półkuli. No bo artykuł ten ma być nie tylko ciekawostką historyczną, ale przede wszystkim formą relacji z wyjazdu i przybliżenia fandomu z antypodów polskim fanom.

Zanim zacznę pisać o rożnych innych sprawach, spójrzmy na mapę. To istotne dla zrozumienia fandomu w Australii. Trasa drogowa z Perth (gdzie zacząłem moją podróż) do Melbourne (gdzie odbywał się konwent) to około 3400 km. To trochę dalej niż samochodowa podróż z Krakowa na Gibraltar. Jak podaje Wikipedia, w Australii mieszka około 25 milionów osób, czyli znacznie mniej niż w Polsce. Pamiętajcie o tych liczbach w trakcie czytania tego tekstu.

Gdy udało mi się wygrać głosowanie (o zasadach przeczytacie pod koniec artykułu), stanąłem przed trudnym zadaniem. Musiałem zaplanować swoją podróż po Australii. Fundusz zasadniczo pokrywa koszty podróży, o ile ma ona na celu spotkania z fandomem. Niestety więc takie miejsca jak Uluru czy Tasmania niezbyt wchodziły w grę. Ściślej – gdybym tylko miał więcej czasu, mógłbym pojechać tam we własnym zakresie, ale mój czas był ograniczony (ledwie trzy i pół tygodnia) i byłoby nie fair względem fandomu, gdybym spędził połowę z tego czasu, robiąc sobie zwyczajne wakacje. Musiałem więc wybrać miejsca, w których mogłem spotkać fanów.

Z moimi gospodarzami z Perth pojechaliśmy do Parku Dzikiej Przyrody Caversham

Miałem ambitne plany – chciałem zobaczyć jak najwięcej i poznać jak najwięcej ludzi. Na skutek tego wszędzie spędzałem zaledwie kilka nocy i ruszałem dalej. Całość wyglądała więc tak: Perth – Wellington – Sydney – Canberra – Melbourne – Perth. W Sydney spędziłem jedną noc i następnego dnia rano pojechałem w Góry Błękitne. Przez całą podróż na bieżąco pisałem Trip Report – to jeden z moich obowiązków. Gdy skończyłem go pisać na lotnisku w drodze powrotnej, miał już 25 stron. Ale spokojnie, tu nie będę się rozwodził aż tak bardzo nad szczegółami.

All around me are familiar faces

W każdym z miast, w których przyszło mi być, nocowałem u fanów (w tym u profesjonalistów zajmujących się szeroko rozumianą fantastyką). Jedynie kilka nocy samego konwentu spędziłem w hotelu, ale o tym napiszę później. Cóż tam robiłem? Ano rozmawiałem o wszystkim. Trochę jak na konwencie, kiedy spotykasz nowych znajomych. Gadacie o wszystkim – o fandomie, literaturze, doświadczeniach fandomowych, opiniach, poglądach, fascynacjach, o sobie. To naprawdę niesamowite doświadczenie. Codziennie poznawać nowych fanów i dzielić się z nimi przyjaźnią. Tak, wiem, to brzmi strasznie patetycznie, ale tak właśnie było.

W każdym z miast fani zajmowali się mną i pokazywali mi okolicę. Czasem bywali to moi gospodarze, a kiedy indziej inni fani z tego samego miasta. Wieczory spędzałem na rozmowach, w restauracjach na spotkaniach z większymi grupami fanów, czy też grając z gospodarzem i jego przyjaciółmi. Nie było reguły – wszak to program wymiany kulturowej, a nie wycieczka z zaplanowanym każdym krokiem.

Zwiedzanie, spacery i dzika przyroda

Co obejrzałem? Wiadomo – muzea i miasta same w sobie. Ale odwiedziłem też sklepy dla geeków w każdym z dużych miast, w których gościłem. Zostałem też zabrany do trzech rezerwatów przyrody, gdzie mogłem zobaczyć zwierzęta typowe dla Australii i Nowej Zelandii. Karmiłem kangury i głaskałem koalę. Udało mi się nawet zobaczyć nieuchwytnego dziobaka (widziałem go może z 5 sekund, ale się liczy!). Miałem okazję obserwować białego ptaka kiwi oraz kokako.

Tak, wizyty w rezerwatach były trochę tym, czego się po tych krajach spodziewałem. Ale trafiłem też do miejsc wprost stworzonych dla geeków. W Wellington byłem w studiu filmowym Weta (pracowali m.in. przy Władcy Pierścieni, Hobbicie, Martwicy Mózgu, Blade Runnerze 2049, Awatarze itd.). Czy muszę pisać, jak wspaniale tam było? Pokazałbym więcej zdjęć, ale niestety w najciekawszym miejscu fotografowanie nie było dozwolone… Z Canberry wybraliśmy się do Canberra Deep Space Communication Complex. Widziałem tam antenę, która odebrała słowa Armstronga „To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Wtedy zlokalizowana była w innym miejscu, a teraz już nawet nie działa. Działały za to inne i mogłem na ekranie obserwować, która z anten komunikuje się z satelitami czy ze stacją kosmiczną.

W Canberra Deep Space Communication Complex towarzyszyły mi między innymi australijskie delegatki GUFF z lat ubiegłych – Donna i Gillian.

Najważniejsi są ludzie

Jednak w całym programie GUFF chodzi przede wszystkim o ludzi i to rzeczy związane z nimi są moimi najcenniejszymi wspomnieniami. Do Australii można polecieć, żeby ją zwiedzić wzdłuż i wszerz, jeśli ma się tylko dość pieniędzy. Stan konta nie jest jednak najważniejszy – nie znając wcześniej tamtejszych ludzi, nie spotkasz zbyt wielu nowych osób – chyba, że w ramach wyjazdu na Fundusz Fanowski. Spotykani fani byli tak bardzo różni. Mieli odmienne temperamenty i gusta, co innego ich fascynowało. Mieli jednak cechy wspólne – byli zainteresowani fandomem i strasznie mili. Trudno mi wyliczyć tu wszystkich spotkanych. Część, tak jak ja, była fanami zajmującymi się w życiu czymś innym. Byli też jednak tacy, których życie zawodowe biegnie blisko fantastyki. Spotkałem licznych pisarzy, w tym popularną w Polsce Trudi Canavan (która była na tyle uprzejma,

że ugościła mnie na jedną noc). Poznałem artystę Nicka Stathopoulosa, który obecnie odszedł już nieco od prac związanych z fantastyką, za to wciąż tworzy fenomenalne portrety. Miałem okazję poznać ludzi zaangażowanych w przemysł filmowy – część z nich pracowała przy Władcy Pierścieni, drugiej trylogii Gwiezdnych Wojen lub Matrixie. Po co w ogóle o tym piszę? Chyba po to, by pokazać, jak różnorodny i fascynujący jest fandom w Australii i Nowej Zelandii.

W Melbourne miałem okazję poznać się z Trudi Canavan

A na deser – konwent

Jednym z końcowych punktów wyjazdu był dla mnie konwent, Continuum 14: Conjugation, odbywający się w Melbourne. Tu w grę wchodzą liczby z początku tekstu. Konwent nie był duży. Szacuję, że odwiedziło go 250-300 uczestników. Większość stanowili lokalni fani, ale pojawiły się osoby z miast, który uprzednio odwiedziłem. Spotkałem też fanów, których wcześniej poznałem na Worldconie w Helsinkach. Jako zwieńczenie wyjazdu, konwent sprawdził się świetnie.

Liczyłem, że będę uczestniczył w większej liczbie punktów programu, ale czas wypełniały mi rozmowy, obsługa stoiska Funduszy Fanowskich, punkty programu, które prowadziłem oraz zorganizowana na szybko wycieczka czekoladowa (w szóstkę oddaliliśmy się na dwie godziny, by odwiedzić pięć rożnych czekoladziarni w pobliżu).

Ceremonia zakonczenia konwentu.

Jako reprezentant GUFF miałem swoje obowiązki, o których napomknąłem w poprzednim akapicie. Jednym z nich było „spotkanie nie-autorskie”, gdzie opowiadałem o sobie i o polskim oraz europejskim fandomie. Inne były związane z samym funduszem. Prowadziliśmy stoisko, na którym sprzedawaliśmy różne rzeczy (w tym polskie słodycze, które przywiozłem). Do tego mieliśmy aukcję Funduszy Fanowskich. Na niej licytowane były droższe rzeczy, a wszystko to po to, by zdobyć dofinansowanie dla kolejnej osoby, która w przyszłym roku przyjedzie z Australii lub Nowej Zelandii na Worldcon w Dublinie.

I jak to w ogóle działa?

GUFF nie jest darmową wycieczką na drugi kraniec świata. Z wyjazdem wiąże się sporo obowiązków. Przez najbliższe dwie edycje funduszu będę nim administrował – to znaczy ogłaszał nabór kandydatów i głosowanie, po którym będę liczył głosy. Co jednak najtrudniejsze, w czasie administrowania funduszem muszę „odrobić” to, co zostało wydane na mój wyjazd. W tym ostatnim pomogła aukcja i stoisko na Continuum. Jak wspomniałem, muszę również opublikować raport z mojego wyjazdu. To zresztą dodatkowe źródło finansowania – zarówno z jego sprzedaży, jak i z grantów, jakie niektóre organizacje przyznają za opublikowanie go w rozsądnym terminie.

A co trzeba zrobić by samemu pojechać? Przede wszystkim trzeba być zaangażowanym fanem. Ważne, by działać w fandomie europejskim, a nie tylko polskim. Co prawda, nie jest to wymóg formalny, ale trudno zdobyć głosy fanów z innych krajów, jeśli oni nigdy o nas nawet nie słyszeli. Każdy, kto jest w fandomie powyżej dwóch lat, może zostać kandydatem, musi jednak mieć nominujących – i to zarówno z Europy, jak i z Australii. Nominujący również muszą być w fandomie stosownie długo. Po zgłoszeniu nominacji zaczyna się „wyścig”, czyli czas na kampanię i głosowanie. I znowu – głosować mogą tylko fani o odpowiednim stażu w fandomie. Co istotne, by oddać głos trzeba uiścić niewielką opłatę (kolejna z metod zdobywania funduszy).

Moje spotkanie „nie-autorskie”

A kiedy wygra się „wyścig”? Wtedy zaczyna się planowanie (no dobrze – plany warto mieć już wcześniej). To zwycięzca wyścigu decyduje, na jak długo chce jechać i które miejsca odwiedzić. Narzucony jest tylko konwent, który się odwiedza formalnie – reszta to już wolny wybór. Najdłuższy wyjazd, o jakim słyszałem, trwał cztery miesiące (i był to przyjazd do Europy). W planowaniu pomaga rzecz jasna obecny administrator funduszu (a w zasadzie administratorzy). To oni też pomagają znaleźć fanów skłonnych nas przenocować w miastach, w których nikogo nie znamy.

A na sam koniec, kiedy wszystko jest gotowe, lecimy i przeżywamy niezapomniane chwile.

Podziel się.