Hell on Wheels Larp – Western po czesku

1

O czeskim larpie westernowym, inspirowanym serialem „Hell on Wheels”, po raz pierwszy usłyszałem jakiś rok temu, kiedy w internecie pojawiły się świetne zdjęcia z jednej z edycji. Będąc fanem zarówno gatunku, jak i tego konkretnego serialu, gorąco zapragnąłem wziąć udział w grze.

Niestety, nie udało mi się pojechać na edycję międzynarodową, więc kiedy Dominik „Dracan” Dembiński napisał, że jest okazja pojechać na kolejny, czeski run, długo się nie zastanawiałem. Gra odbywała się w terminie 8-11 października 2015 roku.

“Hell on Wheels Larp” to gra organizowana przez zespół, składający się z członków różnych czeskich grup larpowych. Trzon organizatorski opiera się na grupie LARP Potkan, projekt wspiera również grupa LARPard. Gra odbywała się w miasteczku westernowym Stonetown, niedaleko miasta Humpolec w centralnych Czechach.

Miasteczko na Dzikim Zachodzie

Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do realizacji larpa westernowego. Stonetown to znajdujący się w środku lasu kompleks kilkunastu klimatycznych budynków stylizowanych na miasteczko na Dzikim Zachodzie. Można tu znaleźć bank, więzienie, biuro kolei i telegrafisty, sklep, dwa saloony (piętro jednego z nich było przeznaczone na burdel) oraz zagrodę dla drobiu, itp. Rozłożono też namiot, w którym odbywały się nabożeństwa. Nie mogło również zabraknąć klimatycznego cmentarza.

Foto: Tomas flankey Felcman/ EXPit thru lens

Foto: Tomas Flankey Felcman/ EXPit thru lens

Uczestnicy larpa zamieszkali w chatach z bali, pozbawionych wygód w postaci prądu czy łazienek. Nikt jednak nie narzekał, bo spanie na surowych łóżkach piętrowych doskonale wpasowało się w konwencję gry. Sanitariaty były za to ukryte w jednym z budynków; czyste i zadbane, więc nie było problemów z zachowaniem higieny. W takich warunkach bez trudu przenikaliśmy do świata Dzikiego Zachodu.

Przygotowanie do gry

Trzeba zaznaczyć, że była to już piąta edycja larpa (każda z nich opierała się na tym samym scenariuszu). Jak już wcześniej wspominałem, nie udało mi się pojechać na czwartą, angielskojęzyczną edycję. Językiem obowiązującym na „runie”, w którym graliśmy, był czeski, co okazało się bardzo ciekawym doświadczeniem.

Kontaktem z organizatorami w imieniu naszej grupy zajmował się Dominik „Dracan” Dembiński, który poznał ich w trakcie międzynarodowej edycji. Ze względu na barierę językową mieliśmy grać bohaterów nieosadzonych w głównej linii fabularnej. Postanowiliśmy stworzyć postacie polskich i śląskich emigrantów, szukających lepszego życia w nowym świecie, ale nieznających języka angielskiego (który na grze reprezentował język czeski). Organizatorzy poprosili nas, abyśmy naszą grą nakręcali rasizm na larpie, ponieważ z ich doświadczenia wynikało, że gracze mieli problem z odgrywaniem nienawiści wobec czarnoskórych robotników i Indian.

Postacie zgłaszane standardowymi kanałami, po opłaceniu biletu otrzymywały ankietę, w której m.in. mogły zaznaczyć, jakie pięć ról najbardziej im odpowiadałoby. Wyboru można było dokonać na podstawie bardzo zgrabnych, krótkich opisów znajdujących się na stronie imprezy. Zawierały nie tylko informacje na temat charakteru i historii postaci, ale również o emocjach, jakie będzie ona przeżywać na grze i typie rozgrywki, który ją czeka. Bardzo ciekawym rozwiązaniem była możliwość zagrania dwiema postaciami. Trik polegał na tym, że część z nich w trakcie gry miała zginąć lub opuścić miasteczko. Po takim wydarzeniu gracz kontynuował grę już jako nowa postać, która właśnie przyjechała do miasta pociągiem. Pozwalało to na jednym larpie wcielić się w dwóch zupełnie różnych bohaterów i doświadczyć różnych ich aspektów. W grze brało udział około 60 graczy.

Każdy z nich był zobowiązany do samodzielnego przygotowania kostiumu odpowiedniego dla swojej postaci. Uczestnicy wzorowo wywiązali się z tego obowiązku. Stylizacje były bardzo dobre i realistyczne, łatwo było rozpoznać, kto jest czarnoskórym pracownikiem, kto irlandzkim rzezimieszkiem, a kto kolejowym magnatem. Bardzo podobały mi się stroje kobiece, o wiele trudniejsze do skompletowania niż męskie. Kreacje pań doskonale oddawały ich charakter i status społeczny. Dla mnie ogromnym plusem był fakt, że na grze nie występowały przesadzone kostiumy w stylizacji „steampunkowej” czy innej fantastycznej, tutaj wszystko było na miejscu i stwarzało niesamowicie realistyczną iluzję.

Broń na larpie

Dużą zaletą i ciekawostką larpa była broń dostarczana przez organizatorów. Do dyspozycji uczestników oddano broń palną w postaci replik rewolwerów i strzelb ładowanych ślepakami. Repliki posiadały wszystkie funkcje swoich prawdziwych odpowiedników i zupełnie nie da się ich porównać z używanymi w Polsce pistoletami na kapiszony. Trzymając takiego colta w dłoni, naprawdę można było poczuć się jak rewolwerowiec. Niestety, tego typu repliki w Polsce uznawane są za broń, a ich posiadacze muszą posiadać odpowiednie pozwolenia. Oczywiście, zanim dostaliśmy broń do ręki, odbyły się warsztaty, na których w sprawny sposób zostały nam przekazane wszystkie zasady dotyczące obsługi replik. W grze funkcjonowała również broń biała w postaci gumowych noży treningowych oraz świetnie pomalowanych drewnianych replik noży. Co ciekawe, mimo użycia takich środków symulacji, które spowodują “ciary” u niejednego organizatora polskich larpów, na wszystkich dotychczasowych edycjach nie doszło do żadnego wypadku związanego z użyciem replik broni palnej i białej.

Tomas flankey Felcman/ EXPit thru lens

Foto: Tomas Flankey Felcman/ EXPit thru lens

Mechanika

Na larpie obowiązywała mechanika uznaniowa. Jeśli widziałeś, że ktoś do Ciebie strzela, reagowałeś zgodnie ze swoim uznaniem. Wierzcie mi, trudno było zignorować strzał z używanych rewolwerów i strzelb. Ścigając bandytów w lesie, kiedy zobaczyłem jak z 20 metrów ktoś „wali” do mnie z winchestera, ani przez chwilę nie zastanawiałem się co zrobić. Większość starć odbywała się w formacie gracze kontra NPC, co też pozytywnie przekładało się na płynność i atrakcyjność rozgrywki.

Osobna mechanika była dedykowana pojedynkom, każdy z graczy miał przypisaną swoją biegłość w pojedynkach od 1 do 3. Wartości były reprezentowane przez pasujące do sytuacji gesty, które musieli wykonać adwersarze przed sięgnięciem po broń. Następnie dochodziło do odegrania pojedynku, w którym wygrywała osoba o wyższym poziomie umiejętności. Jeżeli obie osoby były na tym samy poziomie, obie otrzymywały rany. System sprawdzał się całkiem nieźle, chociaż uważam, że wiedza o tym, kto wygra pojedynek jeszcze przed oddaniem strzału, odrobinę psuła dramatyzm sceny.

Oprócz broni, przewidziane były również bójki. Odbywały się one na zasadzie „no pain”. Gracze starali się wyhamowywać ciosy, ale dozwolone były ograniczone zapasy itp. Bardzo dobrze wspominam liczne bójki i przepychanki pomiędzy naszą grupą a czarnoskórymi. Kolejną ciekawostką było, że na grze pojawiały się butelki z cukru, które można było bezpiecznie rozbijać na głowach przeciwników. (Czasem jednak okazywały się one zbyt delikatne, krusząc się pod własnym ciężarem.)

Dziki Zachód to nie tylko miejsce pełne przemocy, ale również seksu i rozpusty. Mechanika seksu była bardzo prosta, pocałunek symbolizowało zetknięcie się policzkami, seks powtórne dotknięcie. Udając się na wizytę do burdelu, klient mógł w widoczny sposób rozpiąć część swojej wierzchniej garderoby, co sygnalizowało gotowość na bardziej dosłowne odgrywanie scen zbliżenia. Polscy emigranci odwiedzali dziewczyny interesów również na lekcjach języka, a jeden z nas nawet się zakochał.

Foto: Tomas Flankey Felcman/ EXPit thru lens

Warsztaty

Wszystkie te elementy zostały rzetelnie przedstawione i wytłumaczone na warsztatach, co sprawiło, że w czasie gry nie było z nimi żadnego problemu.

Jeśli już mowa o warsztatach, wieczorem, przed rozpoczęciem gry, odbyło się spotkanie, w ramach którego prowadzący przedstawili panujące na grze realia, tło historyczne oraz poszczególne grupy i postacie biorące udział w larpie. Z oczywistych powodów (nieznajomość języka) nie byliśmy w stanie skorzystać z przekazanej wiedzy. Po zakończeniu warsztatów był czas na integrację. Trzeba przyznać, że czescy larpowcy przyjęli nas bardzo ciepło.

Następnego dnia odbyły się pozostałe warsztaty, w ramach których zostały wyjaśnione wszystkie elementy larpa oraz przeprowadzono ćwiczenia mające na celu lepsze zapamiętanie „who is who”. Tym razem organizatorzy zadbali, żeby warsztaty były dla naszej ekipy zrozumiałe i żebyśmy czuli się komfortowo.

Foto: Tomas Flankey Felcman/ EXPit thru lens

Foto: Tomas Flankey Felcman/ EXPit thru lens

Przebieg larpa

W końcu nadszedł czas, żeby rozpocząć grę. Larp luźno opierał się na wydarzeniach prezentowanych w drugiej i trzecim sezonie serialu AMC „Hell on Wheels”. Akcja serialu rozgrywa się na amerykańskim zachodzie, w latach 60. XIX wieku – krótko po zakończeniu wojny secesyjnej – i opowiada historię powstawania Pierwszej Kolei Transkontynentalnej.

Miejsce gry osadzono w miasteczku Durantown w czasie przymusowej przerwy w budowie kolei. Główna fabuła kręciła się wokół zdobycia władzy w miasteczku, ale tak naprawdę była jedynie sztafażem dla wielu indywidualnych wątków.

HoW_5

Foto: Tomas Flankey Felcman/ EXPit thru lens

Gra rozpoczęła się popołudniu w piątek i skończyła pod wieczór w sobotę. Był to czas niesamowicie aktywny: pełen strzelanin, napadów, pojedynków, bójek, gier w pokera, kradzieży, pożarów, walk i z Indianami (którzy jeździli na prawdziwych koniach), schadzek z prostytutkami, teologicznych dyskusji, poszukiwania złota i wielu innych, typowych dla westernu motywów i wydarzeń.

W trakcie gry wydawane były klimatyczne posiłki, które równie świetnie budowały nastrój. Ze względu na użycie niebezpiecznych replik broni palnej w trakcie gry obowiązywał całkowity zakaz spożywania alkoholu, ale i z tego problemu organizatorzy wybrnęli obroną ręką. Whisky zastąpiła herbata o odpowiednim smaku i aromacie, a zamiast piwa mogliśmy się raczyć jego bezalkoholowym odpowiednikiem.

Sama struktura gry była bardzo dobrze przemyślana. Larp odbywał się nieprzerwanie, ale był podzielony na kilka aktów, które sygnalizowano dźwiękiem dzwonu. Każdy z graczy dysponował notesem ze wskazówkami, czym powinien się w danej chwili zająć. Nasza grupa głównie bawiła się klimatem ze względu na barierę językową. Mimo to nie nudziliśmy się ani przez chwilę, doskonale odnajdując się w odgrywaniu ksenofobicznej bandy drobnych cwaniaczków.

W orientacji na larpie pomagały rozwieszone w kilku miejscach tabla ze zdjęciami graczy, prezentujące kto jest kim. Świetne rozwiązanie, które z przyjemnością importowałem na potrzeby własnych gier. Fajnym elementem było również odtwarzanie muzyki w trakcie scen akcji.

Gra kończyła się epicką obroną miasteczka przed Indianami, ze wsparciem artylerii wojskowej. Była to jedna z najlepszych bitew larpowych w jakich brałem udział: huk, dym, ogień, chaos i niesamowita adrenalina. Kiedy opadł pierwszy kurz po bitwie, byłem w szoku, bo zrozumiałem, że wśród atakujących nas dzikich były również dzieci…

HoW_6

Foto: Tomas Flankey Felcman/ EXPit thru lens

Po wszystkim nastąpił czas na zdjęcia, rozmowy i imprezę w klimacie. Polska delegacja zaprezentowała narodowe wyroby i wpadliśmy w wir larpowych rozmów. Bardzo miłe było podziękowania graczy odgrywających murzyńskich robotników, którzy byli zachwyceni naszym konsekwentnym rasizmem. Okazuję się, że środowisko czeskie bardzo przypomina nasze rodzime i bardzo łatwo jest się nam dogadać. Różnica, którą zauważyłem, jest taka, że Czesi robią świetne gry historyczne, co w Polsce jest rzadkością. Niestety, jeśli ktoś już u nas sięga po historyczny setting, musi do niego dodać jakieś elementy nadnaturalne i inne w tym rodzaju. Na czeskim „Hell on Wheels” wątki nadnaturalne mieściły się w indiańskich rytuałach, które nie miały żadnego potwierdzonego działania.

Podsumowanie

Mimo nieznajomości języka czeskiego i nieuczestniczenia w głównej fabule na larpie bawiłem się wyśmienicie. Co więcej, uważam go za jeden z najlepszych larpów na jakich grałem. Zupełnie nie dziwię się osobom, które przyjechały tu po raz czwarty czy piąty, aby zagrać ponownie. Sam bardzo chciałbym jeszcze raz powrócić do Stonetown i przeżyć tę przygodę jeszcze raz.

W ramach larpa dostałem dokładnie to czego chciałem: pełnokrwisty western z dużą ilością akcji i realistycznych postaci. Totalny WYSIWYG i masę klimatu. Czego chcieć więcej? Fajnie by było, gdybyśmy jako robotnicy mogli naprawdę wykonywać swoją pracę i symulować budowę kolei. Byłaby to dla mnie taka ostateczna kropka nad „i”. Mam nadzieję, że już niedługo doczekamy się podobnych gier w naszym kraju.

Na koniec chciałem pochwalić organizację i logistykę gry, które były na najwyższym poziomie. Na grze doszło do jednego wypadku z udziałem członka naszej drużyny. W czasie rąbania drewna kolega zranił się w nogę (Polacy :P), obsługa zareagowała błyskawicznie, udzielając pierwszej pomocy i wzywając karetkę. Rannemu został przydzielony tłumacz a jego powrót został sprawnie przeprowadzony. Wszystko odbyło się totalnie profesjonalnie. Trzeba zaznaczyć, że był to pierwszy wypadek w czasie pięciu edycji.

HoW_7

Foto: Hana Maturová

Wielkie podziękowania należą się Terezie „Cir” i Staňkovej, która opiekowała się nami w czasie naszego pobytu w Stonetown. Chciałbym również podziękować moim kompanom: Dominikowi „Dracanowi” Dembińskiemu, Szymonowi Borucie i Szymonowi „Octowi” Olszewskiemu – to była wielka przyjemność odbyć z Wami tę podróż.

Załączniki:

 

Podziel się.