Konwent zaczyna się w sobotę

0

Oficjalnie nie istnieje coś takiego, jak konwentowy „prime time”. Powszechnie uważa się jednak, że godziny poranne są gorsze do wygłaszania prelekcji niż popołudniowe, piątek jest lepszy od niedzieli, zaś niedziela uważana jest za zło wcielone i klątwę lub złośliwość organizatorów. Natomiast szczytem marzeń, obiektem pożądania i westchnień twórców programu (dla porządku: nie chodzi tu o zaproszonych gości, o czym niżej) jest sobota (oraz piątek w przypadku imprez 4-dniowych), najlepiej w godzinach od 12 do 18. Gdyby były to tylko westchnienia, nie byłoby problemu. Sęk w tym, że coraz częściej potencjalni prelegenci śląc maile do organizatorów z propozycjami prelekcji, od razu zastrzegają termin, na przykład pisząc „sobota od 12”. Więcej, bywa, że w przypadku niespełnienia tego warunku obrażają się i odwołują spotkanie.

Robiłem punkty programu o różnych porach: na otwarcie imprezy, na jej zakończenie i w środku konwentu. Rano i wieczorem, niewyspany i na kacu lub też w pełni wypoczęty. I nigdy nie zdarzyło mi się narzekać z tego powodu. Więcej, nigdy nie zdarzyło mi się stawiać wymagania organizatorom konwentu co do pory prelekcji wynikającej z mojego widzimisię (bo tak, bo chce iść na koncert, bo cokolwiek). Ktoś prosi o termin popołudniowy, bo jedzie z drugiego końca polski – w porządku, rozumiem; pracuje i nie może dostać urlopu – jasne, normalna sprawa. Ale upieranie się przy sobocie, bo niedziela i piątek są złe? Dajcie spokój.

Owszem, w soboty na konwentach zazwyczaj jest najwięcej osób. Owszem, pełna sala na prelekcji czy konkursie to fajna rzecz. Ale prelekcja w sobotę automagicznie sali nie zapełnia. Słuchaczy przyciąga przede wszystkim temat spotkania i osoba prelegenta, nie godzina: świetnym przykładem na to są niedzielne (do tego często umieszczane w programie po 12:00) prelekcje Andrzeja Pilipiuka na Falkonie, na których sala pęka w szwach. Widziałem też spotkania sobotnie, umieszczone w najlepszym ponoć czasie, na które słuchaczy przybyła garstka. Nie ma więc reguły. Do tego uważam, ze konstrukcja programu w pełni leży w gestii organizatorów. Nie widzę powodu, dla którego mieliby oni rezygnować z własnych planów dotyczących układu prelekcji, tylko dlatego, że ktoś sobie zażyczył konkretną godzinę. Tym bardziej, że wymusza to automatycznie zepchnięcie być może bardziej interesujących prelekcji na dalszy plan, na czym cierpią sami uczestnicy, bo nie dostają do rąk optymalnie ułożonej ramówki.

Z punktu widzenia organizatorów sobota to ważny dzień. Wtedy zazwyczaj ustawia się spotkania z zaproszonymi gośćmi i prezentacje organizowane przez sponsorów. Jasne, z jednej strony jest to wspomniany wyżej automagiczny zabieg mający na celu wygenerowanie pełnej sali (wstyd, żeby na tego typu spotkanie przyszła jedna osoba, gdyż gość lub sponsor może zwyczajnie poczuć się olany). Z drugiej strony jednak podyktowane jest to tak prozaiczną przyczyną, jak pięciodniowy tydzień pracy. Sponsorzy to firmy, które nie zawsze mogą sobie pozwolić na przyjazd na konwent w piątek. Goście zaś poza na przykład pisaniem książek, również pracują. Piątek więc zazwyczaj odpada, w niedzielę zaś trzeba rano spakować towar i wrócić, powiedzmy do Gdańska i to o takiej porze, żeby w poniedziałek być w stanie znów otworzyć interes.

Większość prelegentów to studenci. Każdy kto był studentem wie, że jeśli na przeszkodzie nie stoi egzamin komisyjny, zwykle nie ma problemu z urwaniem się z zajęć, czy to w piątek, czy w poniedziałek. Skąd więc taka niechęć do początku i końca konwentu? Czyżby mem „najlepszego czasu antenowego” był tak silny, że żadne racjonalne argumenty nie są go w stanie przegnać z fandomu? Konwenty trwają od piątku do niedzieli, a nie od godziny 10:00 do 22:00 w sobotę. Program, żeby przyciągnął ludzi, musi się odbywać także w te dni i być równie interesujący co sobotni. Naprawdę czasem zastanawiam się, czy prelegentom chodzi o nich samych, czy też o utrudnienie pracy organizatorom, którzy w dwóch, trzech sobotnich blokach programu powinni zapewne upchnąć 10 prelekcji, każdą od 14:00.

Pewnie najlepiej by było, gdyby konwenty zaczynały i kończyły się w sobotę. Wtedy wszyscy mogliby mieć swoją prelekcję o 14:00, a potem pewnie by usiedli i pomarudzili, że impreza za krótka.


Felieton pierwotnie opublikowany na serwisie Poltergeist.

Podziel się.