Sezon konwentowy rozpoczęłam od Śląskich Dni Fantastyki. Muszę przyznać, że była to decyzja lekko spontaniczna, ponieważ odwlekałam jej podjęcie przez dobry miesiąc, do momentu, gdy jeden z redaktorów, tydzień przed konwentem, poinformował mnie, że zapewnił mi akredytację.
W tej sytuacji, jak na dorosłego człowieka przystało, podjęłam dojrzałą decyzję o pójściu na konwent i ominięciu weekendowego zjazdu w szkole. Nie mam zbyt wiele wspólnego z fantastyką, poza znajomością kilku klasyków i uczęszczaniem na Pyrkon, ale nawet na Dniach Fantastyki znalazłam coś dla siebie.
Śląskie Dni Fantastyki odbyły się w dniach 11 i 12 kwietnia w III Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Batorego w Chorzowie. W zeszłym roku byłam w tej szkole na Naniconie, jednak to nie pomogło mi w nawigowaniu po terenie konwentu. Mapki były porozwieszane przy każdych schodach i rozwidleniach korytarzy, ale dopiero drugiego dnia w miarę orientowałam się, w którą stronę iść, żeby dojść do konkretnych miejsc.
Miałam o tyle szczęście, że pierwszego dnia wydarzenia do pokoju uczestników funkcyjnych zaprowadził nas jeden z organizatorów, więc nie musieliśmy błądzić po szkole z materacami, plecakami i całym sprzętem.
Tym razem postanowiłam zabrać ze sobą cosplay, co ostatnio zdarza mi się dość rzadko. Wspominam o tym, ponieważ szybko się zorientowałam, że nie została wydzielona szatnia dla cosplayerów. Dla mnie nie jest to duży problem, ale unikam tego ze względu na etykietę konwentową, która na każdym kroku przypomina, żeby korzystać z szatni i nie przebierać się w toaletach. W tym wypadku nie miałam zbytnio wyboru.
Wystawcy
Tak jak przeważnie narzekam na stoiska, tym razem byłam zaskoczona różnorodnością. Ze względu na to, że nie był to typowy konwent w klimacie mangi i anime, wystawcy mieli pole do popisu. Poza handmade biżuterią, printami i naklejkami zakupić można było planszówki, książki i komiksy niezależnych autorów, ręcznie malowane figurki, a nawet znalazła się jedna wystawa obrazów. Jest to odświeżające dla osoby, która lubi przepuszczać pieniądze na konwentach, ale była już na tylu, że nie potrzebuje kolejnego setu naklejek bądź zawieszki do kluczy.
Co do niezależnych pisarzy, postanowiłam zajrzeć na ich sekcję, nawet jeśli nie jestem w temacie. Moje ostatnie podejście do fantastyki skończyło się na tym, że nie doszłam nawet do połowy książki „Droga Szamana”, zanim przestałam ją czytać, ale z ciekawości i dziennikarskiego obowiązku zdecydowałam się tam zatrzymać.
Moją uwagę przykuł komiks „Bruzda” i jego surowy, lekko “brudny”, ale jednocześnie estetyczny styl. Jest to coś zupełnie innego niż lekkie, wymuskane ilustracje z mang, więc od razu wpadł mi w oko. Gdy dowiedziałam się, że artysta odpowiedzialny za ilustracje w każdym zakupionym egzemplarzu dodaje dedykowany rysunek — z marszu dokonałam zakupu.
Kontynuując sagę komiksową, odwiedziłam stoisko Komiksiarnii. W październiku zakupiłam cztery tomy jednej serii i miałam nadzieję ją uzupełnić. Na moje nieszczęście dziewczyny miały tylko jeden z brakujących mi tomów. Bardzo się ucieszyłam, gdy zaproponowały, że jak przyjadą w niedzielę, mogą specjalnie dla mnie przywieźć brakującą część.
Inne atrakcje
Okrążając wszystkie atrakcje, zostałam zaczepiona przez pewnego jegomościa, który zaproponował mi walkę na rewolwery. Ja i mój oponent dostaliśmy okulary ochronne, kabury i naszą broń na piankowe strzałki. Okazało się, że był to sprytny i kreatywny sposób na zaproszenie nas do wioski tematycznej w klimacie postapo.
Na miejscu otrzymaliśmy propozycję rozegrania kolejnej gry, aczkolwiek przegraliśmy sromotnie. Ale nie ma tego złego! Dowiedziałam się, że wioska jest prowadzona przez grupę Ziemie Jałowe, która już w lipcu zawita do Gliwic wraz ze swoim tygodniowym LARPem, także jeśli ktoś, podobnie jak ja, przegrał w jednej z gier, jeszcze ma okazję się wykazać.

(Jedna z wiosek)
W temacie wiosek, było ich kilka. Raczej nie zatrzymuję się w takich miejscach na długo, ale w jednej z nich zatrzymałam się na krótką pogawędkę przy herbacie. Natomiast druga, na którą zostałam zaciągnięta nieco z przypadku, była po brzegi wypełniona mięciutkimi pluszakami i poduszkami. Okazało się, że jest to część gry konwentowej. Zdobyłam jedną z pieczątek za odwiedzenie tego miejsca, jednak nie zdecydowałam się grać dalej, bo zbliżała się prelekcja, na którą chciałam iść.
Prelekcje
Program był dość zróżnicowany. Poza standardowymi prelekcjami cosplay-anime było dużo warsztatów pisarskich, omawiania światów fantasy, dużo wykładów skupiających się na twórczości Tolkiena, ale znalazła się także wiedzówka z SCP i warsztaty malowania figurek. Choć miałam cały weekend na konwent, jak zwykle wybrałam trzy najbardziej interesujące mnie tematy.

(Warsztaty pisarskie)
Pierwsza prelekcja dotyczyła tematu pisania postaci z zaburzeniami psychicznymi. Temat trochę oczywisty, aczkolwiek pełen niuansów. Prowadząca wskazała ICD-11 jako źle używane narzędzie. Częstym błędem jest czytanie listy objawów i wciskanie ich w postać bez pomyślunku o tym, że nie każdy posiada wszystkie objawy. Do tego nie będą one u każdego wyglądać tak samo. Rozwinęła się dyskusja na temat tego, gdzie szukać osób, które mogą nieco podpowiedzieć, jak takie postaci pisać, a także rozmowa o tym, że postać nie musi być zaburzona, żeby po prostu być złą.
Kolejna skusiła mnie skrótem BL w tytule. Nie rozumiejąc do końca, na czym będzie ona polegać, i tak na nią poszłam. Prowadząca okazała się być pasjonatką historii, kultury i języka włoskiego, a w szczególności renesansowych męsko-męskich romansów. Oczywiście romanse nie były prowadzone wprost, ale tego typu napięcie dało się odczuć poprzez sposób, w jaki Niccolò odnosił się do Cesare w „Księciu”. Niestety w pewnych momentach nie mogliśmy dzielić entuzjazmu z prowadzącą, bo ma ona przywilej rozumienia tekstu w oryginalnym języku, dlatego jako widownia musieliśmy się zadowolić jedynie przekładem. Aczkolwiek jest to uwaga z przymrużeniem oka.

(Skromna lekcja historii i włoskiego)
Ostatnia prelekcja zahaczała o temat wizualnego designu postaci. Od pixel artów na starych konsolach po przenoszenie postaci 2D do modeli 3D oraz skutki takiego zabiegu. Ten temat jest mi nieco bliższy, bo nawet jeśli nie projektowałam postaci pod konkretny użytek, bawiłam się w tworzenie OC i sama zauważyłam, iż „same face syndrome” bardzo mnie dotykał w przeszłości.
Prowadząca zaznaczyła, że jest to bardziej zaawansowana prelekcja i jest rozwinięciem jej poprzedniego wykładu. Dla mnie nie był to żaden problem, chociażby ze względu na wiedzę, jaką sama nabyłam przez lata hobbistycznego rysowania postaci. Uważam, że każdy, kto choćby incydentalnie zajmował się tworzeniem postaci, wyniesie z tego typu spotkania jakąś lekcję.

(Jak wybrnąć z same face syndrome)
Konwent oferował wiele atrakcji, jak wioski tematyczne, gra konwentowa, UltraStar, Mafia, jednak po dwudziestej drugiej wszystkie aktywności się kończyły. Ponoć była możliwość, aby UltraStar nieoficjalnie działał dłużej, ale nie doszły mnie słuchy, żeby faktycznie tak było. Od dwudziestej drugiej na auli miały odbywać się gry integracyjne, aczkolwiek trafiłam tam tylko na osobę prowadzącą mafię, która zwinęła się do innej sali, ponieważ nie było zbytnio zainteresowanych grą.
W późniejszym czasie na auli odbyło się małe after party, które zostało zakończone pół godziny po tym, jak na nie przyszłam. Było to nieco rozczarowujące, ale jestem w stanie to zrozumieć. ŚDF to mniejszy, bardziej kameralny konwent, niezbyt nastawiony na nocne imprezowanie. Aczkolwiek nie przeszkadzało to w tym, żeby szwendać się po szkole i zagadywać do fandomowych niedobitków, którzy z jakiegoś powodu jeszcze nie spali.
Inne konwenty przyzwyczaiły mnie także do sekcji rytmicznej, w głównej mierze z Osu! ale i innymi grami. Na ŚDFach tego zabrakło, chociaż mogłam się tego spodziewać, gdyż nie jest to do końca w tematyce fantastyki.
Ze względu na moje przyzwyczajenia z konwentów w tematyce anime i mangi kilku rzeczy mi brakowało, jednak nie mogę powiedzieć, że Śląskie Dni Fantastyki mnie zawiodły. Plusem zdecydowanie jest różnorodność atrakcji wynikająca z tego, na ile sposobów można rozumieć pojęcie „dni fantastyki”. Nocna przerwa jest kwestią sporną. Dla tych, którzy lubią sobie pospać, to dobra wiadomość — raczej nic ich nie ominie. Z kolei osoby przyzwyczajone do całonocnych posiadówek na salach prelekcyjnych mogły poczuć się zawiedzione. Pozostawiam tę kwestię do indywidualnej oceny i mam nadzieję, że widzimy się za rok na Śląskich Dniach Fantastyki!
