Warsaw Comic Con – relacja

5

Gdy w zeszłym roku ogłoszono Europe Comic Con w Kielcach, byłem podekscytowany. Na to, co stało się później, spuśćmy zasłonę milczenia. Dziwnym nie jest, że zbliżające się dwa Comic Cony nie wzbudziły mojego entuzjazmu. Żeby dodać pikanterii całej sytuacji, ten, który miał się odbyć w dniach 10-11 czerwca, zwinął się i oddał w ręce pierwszego w niezbyt dobrze rozegranej pijarowo sytuacji. Jednak ciekawość wygrała, pojechałem na Comic Con w Nadarzynie – pierwszy w pełni komercyjny konwent dla miłośników popkultury w Polsce.

Nadarzyn nie jest w Warszawie

Chociaż impreza w nazwie miała Warsaw, jej lokalizacja była daleko od centrum stolicy. Nadarzyn znajduje się mocno pod Warszawą i gdyby nie darmowy autobus dotarcie na imprezę mogłoby się wydłużyć. Jego punktualność w dwa pierwsze dni pozostawiała trochę do życzenia, ale ostatecznie – kto by się nie spodziewał korków i opóźnień w naszej pięknej stolicy?

Samo Ptak Expo, na terenie którego odbywała się impreza, to świetny kompleks hal, przygotowany na przyjęcie dziesiątek tysięcy uczestników. Liczba kas na metr kwadratowy powinna wywołać zazdrość u niejednego organizatora konwentów. Było ich na tyle dużo, że w żadnym dniu nie istniał problem kolejkonu.

Uczestnicy konwentu nie otrzymali programu w papierowej formie. Nie istniała też żadna aplikacja na telefon, pozwalająca szybko ogarnąć grafik imprezy. Niby na stronie opublikowano go w formie graficznej, jednak ta bardzo nie lubiła się z komórkami.

Ze świeczką można było też szukać gadżetów związanych z imprezą. Jedyną pamiątką dla większości będzie opaska. Identyfikatory otrzymali nieliczni, którzy współtworzyli imprezę lub przyjechali w roli mediów. Wielka szkoda, że nie pomyślano nawet o małym nakładzie koszulek pamiątkowych. To strasznie zmarnowany potencjał, w końcu jesteśmy społeczeństwem gadżeciarzy.

Małe kłamstwa

Warsaw Comic Con nafaszerowano małymi kłamstwami, które być może wielu nie ruszają, we mnie jednak budzą niechęć do tego wydarzenia. Wystarczy wspomnieć reklamowanie się jako “największa tego typu impreza w kraju” jeszcze przed odbyciem się pierwszej edycji.

Zakłamanie w PR było tak duże, że do samego końca nie potrafiono ostatecznie powiedzieć na głos, że pewnych gości nie będzie. Być może tej edycji to nie zabolało, ale czy przy kolejnych ludzie zaufają, wiedząc, że kogoś może nie być, bo “gwiazdy tak mają”?

Podobnie było z planem imprezy, który dość mocno rozmijał się z rzeczywistością. Dotyczy to zwłaszcza Hali B, której po prostu nie otworzono dla uczestników. Bez żadnej informacji, ani wyjaśnienia, była zamknięta przez cztery dni. Na stronie nadal znajduje się plan, chwalący się wioską fantasy czy obozowiskiem Nocnej Straży, które tam miały być ulokowane.

Takich sytuacji było więcej, małe kłamstewka rządziły reklamą. Wolałbym jednak na przyszłość, aby organizatorzy skupili się na rzetelnej informacji. Wbrew pozorom, przyszli uczestnicy nie zaczną masowo rezygnować dlatego, że powie im się prawdę. Wręcz przeciwnie, docenią to, zwłaszcza po takim starcie.

Gwiazdy trzeciego planu

Kluczowym punktem Warsaw Comic Conu były gwiazdy serialowe, które miały uświetnić program imprezy. Aktorzy, owszem, byli. Jednak daleko mi do nazwania ich gwiazdami. Najbardziej zasłużony aktor, który kojarzy się z czymś więcej niż jedną rolą trzecioplanową w serialu, Charles Dance, na imprezie się nie pojawił.

Oczywiście, nie mam tu specjalnego żalu do poziomu. Początki są trudne i sam fakt, że udało się kogokolwiek zaprosić na pierwszą edycję zasługuje na duże oklaski. Mam nadzieję, że sytuacja będzie rozwojowa i doczekamy się pierwszoplanowych aktorów.

“Gwiazdy” wzięły udział w kilku sesjach Q&A, w trakcie których nie mogły za wiele powiedzieć (często przez to, że od dłuższego czasu w danym serialu niewiele zrobiły). Za dość spore pieniądze można było dostać autograf czy zrobić sobie zdjęcie. Nie do końca rozumiem, ale chętnych nie brakowało. Kolejka do Hafþóra Júlíusa Björnssona, znanego szerzej jako Góra z Gry o Tron była naprawdę imponująca.

Reszta programu

Cała reszta programu prelekcyjno-dyskusyjnego w zasadzie wyglądała jak na doczepkę. Sale były w tragicznych miejscach, nie było możliwości ich zamknięcia, słychać było, co dzieje się poza nimi, a prowadzący czasami musieli czytać z warg osób, z którymi prowadziły panele. I na innym konwencie pewnie bym się tym przejął, ale…

Warsaw Comic Con tak naprawdę nie powinien posiadać spotkań z pisarzami fantastyki. Ludzie zainteresowani tego typu atrakcjami mają na pęczki innych imprez. Statystyczny odwiedzający tę imprezę najpewniej bliższy jest do statystycznego Polaka, który po prostu nie czyta.

Moje serce krwawiło, gdy widziałem, że do Łukasza Orbitowskiego przyszły całe trzy osoby. Fakt, że Orbit poradził sobie z problemem idealnie i zaprosił wszystkich obecnych na pogawędkę przy piwie, nie zmienia tego, że odwiedzający WCC nie potrzebują fantastów. Nie to ich interesuje i udowodniono to dość boleśnie.

Inne atrakcje

Chociaż trudno stwierdzić, co było atrakcją WCC, a co odbywającego się w tym samym czasie Good Game Expo i targów edukacyjnych, nie można mówić, że przygodny zwiedzający miał na co narzekać. Chyba że był na imprezie dłużej niż jeden dzień. Albo jeździ na inne konwenty.

Poza tradycyjnymi nitkami programowymi WCC był ogromnym targowiskiem, na którym znaleźć można było wszystko, co na innych konwentach. Nie, żebym miał coś przeciwko, bo nigdy nie wiadomo, co nas napadnie i czy akurat nie zechcemy np. kupić dodatkowe podręczniki lub koszulki ze zniżką, ale też od dawna nie wprawiają mnie już w zachwyt duże ilości stoisk naraz.

Drugą halę przeznaczono w większości na Good Game Expo, upchane scenami turniejowymi i atrakcjami związanymi z grami komputerowymi. Pojawiło się trochę rodzimych firm tworzących gry, zabrakło jednak tych największych CD Projekt Red, Techlandu czy nawet Artifex Mundi. Była za to całkiem spora strefa retro, w której znalazło się parę ukochanych sprzętów z dawnych lat.

Do całości atrakcji należy doliczyć Żelazny Tron, X-Winga, wioskę postapo (które miały być Mad Maxowe, a ostatecznie były strefą reklamy konwentów postapo), wioskę Wikingów (składającej się z pięciu osób na krzyż), wystawę samochodów z filmów itp, itd. Bez szału, większość można było obejść w pół dnia.

No dobrze, za jedno kocham organizatorów WCC. Za mini zlot foodtrucków, gdzie można było napełnić brzuchy w razie ataku głodu. Rzecz jasna, ceny nie należały do najniższych, ale po strefach gastro na Pyrkonie 2015 wolę zapłacić więcej i być pewnym jakości. A burger z rana to burger z rana.

Comic Con a komiksy

Osobną sprawą jest obecność komiksów na Comic Conie. Wiele osób myślało, że skoro znalazły się one w nazwie imprezy, będą jej najważniejszą częścią. Osoby nastawione na atrakcje z nimi związane mogły poczuć się mocno zawiedzione.

Nie było oczywiście tak, że całkowicie zrezygnowano z obecności komiksu na WCC. Był jednak potraktowany mocno po macoszemu, dostając jedną małą salkę i gości, którzy zbyt specjalnie nie zachęcili do odwiedzenia Nadarzyna w tym celu.

Comic-Con w San Diego przykłada wielką wagę do komiksu, który w Stanach traktowany jest na równi z książkami i filmami. Jednak z samego przekazu o SDCC przebijają się przede wszystkim hity kinowe i serialowe. Komiks w Polsce to nisza, która jeszcze przez długi czas może nie pozbyć się łatki twórczości przeznaczonej dla dzieci.

Koniec końców, jeśli ktoś pojechał na WCC i oczekiwał komiksów na światowym poziomie, wrócił do domu najpewniej rozgoryczony. Strefa komiksu raczkuje na wielu imprezach i póki co komiksiarze chyba powinni się trzymać jednak swoich eventów. A już na pewno nie powinni oczekiwać od imprezy komiksu tylko dlatego, że nazwa się Comic Con. Bo ta nazwa do jakiegoś czasu oznacza raczej targi popkultury niż konwent dla fanów komiksu.

Słowo Ojca Dyrektora na koniec

Czy warto więc jechać na Warsaw Comic Con w Nadarzynie? Całkiem szczerze, gdybym był szarym uczestnikiem, niepowiązanym z fandomem, oczekującym spotkań z aktorami moich ulubionych seriali, bez zająknięcia bym powiedział: tak.

Prawda jest jednak taka, że jako wyjadacz konwentowy nie bardzo miałem co robić na WCC. Program nie zainteresował mnie w ogóle (a gdyby to zrobił, warunki w salach szybko by wybiły mi go z głowy). Większość czasu spędziłem, chillując się ze znajomymi w okolicach foodtrucków.

Warsaw Comic Con to świetna pożywka popkulturowa dla szarego człowieka, który ma zupełnie inne oczekiwania niż siedzący w fandomie dziad borowy. Jeśli tylko organizatorzy przestaną używać kłamstwa jako formy reklamy, ogarną problem sal prelekcyjnych i będą z roku na rok zapraszać coraz lepszych aktorów, będziemy za jakiś czas mogli powiedzieć, że mamy w kraju kolejną świetną imprezę.

Mam tylko jedną prośbę do twórców conu – odpuśćcie sobie fantastykę w programie, skupcie się na serialach. Dajcie nam panele z aktorami danego serialu (takimi, co grają w najnowszym sezonie), a nie z pisarzami fantastyki. Nie potrzeba nam kolejnego dużego konwentu fantastyki, naprawdę.

Podziel się.
  • Mag

    Nie zgodzę się, że hale są przystosowane do przyjęcia dziesiątek tysięcy uczestników. Owszem, mają ogromną powierzchnie, ale rzędy przenośnych toalet postawione pomiędzy budynkami nie były przypadkiem, bo w środku jest ich po prostu bardzo mało i słyszałem, że tworzyły się do nich spore kolejki.

    • Piotr Skorok

      No ale przecież to część przygotowania. Wybacz, ale toi toi nie jest niczym złym. To jakby powiedzieć, że Woodstock nie jest przygotowany na przyjęcie ludzi, bo przecież Toi Toi to nie są toalety. :P

      • Mag

        No ale kompleks sam w sobie nie jest przygotowany. Organizator na szczęście zdaje sobie z tego sprawę i zapewnie dodatkowe zaplecze.

        • Piotr Skorok

          Większym bólem był brak pokoju dla karmiącej matki. :P

          Kolejki się tworzyły, bo ludzie nie chcieli korzystać z toików.;)

          • Michał Misza Bartkowiak

            Bo toi to „brud, smród i ubóstwo” xD